Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 50-lecie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 50-lecie. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 września 2015

Czy Kustosz to Doktor z przyszłości?


Tom Baker, odkąd niespodziewanie pojawił się w odcinku The Day of the Doctor, niezmiernie ucieszył  fanów, zadowolonych z jego powrotu do Doctor Who. W trakcie rozmowy Kustosza (ang. Curator) z Doktorem staje się jasne, że Baker nie gra tylko Czwartego – to była zupełnie nowa postać, i to z aurą tajemniczości wokół niej. 

Krótko po zakończeniu odcinka dyskusja potoczyła się w stronę pytania: Kogo właściwie grał Tom Baker? Było kilka – bardzo pomysłowych – teorii, że był to Morbius albo po prostu sam Tom Baker (burzący czwartą ścianę dla specjalnego wystąpienia w serialu). Ale dlaczego Doktor tak okrył tajemnicą swą prawdziwą tożsamość? 

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Dwie opinie o The Day of the Doctor

Opinia Davida



Znalazłem się w sytuacji posiadania sprzecznych odczuć na temat stylu pisania Moffata – przede wszystkim jego idei 'podejmowania kreatywnych decyzji'. To była trudna do napisania recenzja, zwłaszcza że zestawia ze sobą zarówno pozytywne, jak i negatywne uczucia odnośnie odcinka. Z jednej strony, był to bardzo piękny odcinek specjalny, zarówno w swej strukturze, jak i w kwestiach językowych. Z drugiej strony, był też bardzo nieuporządkowany; niegodna kontynuacja genialnego pomysłu Russela T. Daviesa i jawne przegapienie szansy na zgłębienie jednego z najbardziej fascynujących obszarów mitologii 'Doctora Who'.

Zmiany są dobre – czy raczej, by być bardziej precyzyjnym, zmiany mogą być dobre. Zmiana może być śmiała, odważna i ubogacająca atmosferę, nadająca głębię 'zmęczonej' fabule; może przynieść nadzieję tym, którzy są rozczarowani swoim ulubionym serialem. Jednakże, poczułem się niestosownie rozgoryczony kłopotliwą decyzją Moffata, by usunąć z serialu główne źródło patosu. Może to być zadowalające dla fanów, ale szczerze mówiąc, czuję się, jakby to było kiepskie fan-fiction – coś wymyślonego przez niedoświadczonego (i podekscytowanego) fana w nudną sobotnią noc - miły pomysł, być może, ale zarazem coś, czego doświadczony pisarz starałby się prawdopodobnie uniknąć. Najwyraźniej jednak nie. Moffat pozwolił sobie na wszystko to, czego się bałem: kolejne bezsensowne zmartwychwstanie, tylko tym razem na dużo większą, bardziej szkodliwą skalę.



Dawno, dawno temu, rzadko używany motyw przewodni 'Wszyscy żyją' był mile witanym wtrąceniem. Na wiele sposobów powinien być nie na miejscu w 'Forest of the Dead', biorąc pod uwagę mroczny, makabryczny ton opowieści. Niemniej jednak, przyjąłem takie rozwiązanie. W kategoriach rozrywkowych, zadziałało ono jako satysfakcjonujące zakończenie odcinka, który zapożyczył niektóre kluczowe idee by wspomóc realizację zamierzonego planu. W 'The Day of the Doctor', jednakże, mogę użycie takiego motywu opisać jedynie jako szkodliwe. Niezależnie od tego, co Doktor myślał, że zrobił, fakt, że nie zabił swoich rodaków usuwa tę korzystną – być może niezbędną – warstwę mroku z jego postaci. Nie jest on już wadliwym/zatroskanym bohaterem – jest po prostu bohaterem. Co więcej, nie jest już ostatnim z Władców Czasu. Jest tylko jednym z Władców Czasu. Dlaczego redukować głównego bohatera do tak nieinspirującej postaci, kiedy poprzedni twórca serialu ustanowił tak intrygującą i złożoną zmianę jego osobie?

Jestem także przeciwko całemu temu pomysłowi zmieniania ustalonych wydarzeń z przeszłości. Uszczegółowienie ich - to zupełnie co innego – nie miałbym nic przeciwko, powiedzmy, rozwinięciu kwestii Wojny Czasu; Upadek Arkadii niech będzie dobrym przykładem jak coś takiego można by zrobić. Ale kiedy scenarzysta 'grzebie' w kompletnym materiale czuję się niekomfortowo. Ostatecznie to było zbyt proste. Trudno mi uwierzyć w to, że wszyscy Dalekowie atakowali Gallifrey i że po prostu zlikwidowali siebie nawzajem w ciągu kilku sekund. Uważam to za mało prawdopodobne, by było tak łatwo przemieścić Gallifrey w czasie i przestrzeni (zwłaszcza, że Wojna Czasu jest zamknięta w blokadzie czasowej – kwestia ta została zbyt lekko potraktowana w narracji – a co ze słońcami Gallifrey?) - a jeśli nawet byłoby to aż tak proste, dlaczego Władcy Czasu sami o tym nie pomyśleli? Niezbyt to przekonywujące, że Doktor, który znał brutalną prawdę o społeczności Władców Czasu ('The Night of the Doctor' pokazuje rozumienie przez Moffata kwestii ich zdeprawowania), tak niezawodnie zaakceptował fakt, że Wysoka Rada może wciąż gdzieś tam być, knując intrygi. A niepojęty horror Gallifrey w jej ostatnim dniu – Dziecko Koszmaru, Horda Parodii i inne - także mogły zostać wypuszczone na wolność. Z tego co rozumiem, to planeta sama w sobie była tym, czego Doktor najbardziej nie był w stanie uratować, ponieważ była tak bardzo chylącym się ku upadkowi, niewyobrażalnie mrocznym miejscem, że nigdy nie mogłaby być przywrócona do życia.



Odkładając na bok wszystkie moje narzekania na takie a nie inne zakończenie, 'The Day of the Doctor' wciąż był przyjemną opowieścią. Miałem możliwość oglądać go na projekcji w Shaftesbury Avenue, co znaczy, że moje pierwotne odczucia na temat odcinka, pomimo że zawierały w sobie rozczarowanie przyjętym rozwiązaniem, były pozytywne - po części dzięki niesamowitej atmosferze kina, a także spektakularnym efektom specjalnym. Wykorzystanie technologii 3D było zaskakująco skuteczne, zwłaszcza podczas Upadku Arkadii, kiedy czuło się, jakby wszystkie zniszczenia dokonywały się o wiele bliżej nas. Także TARDIS była bardziej realnym doświadczeniem, widzowie czuli jakby rzeczywiście zostali przeniesieni do jej środka. Użycie trójwymiarowego tekstu i 'głębi wnętrz' (zamiast sztampowego 'wyskakiwania na zewnątrz') także było dobrze przygotowane przez reżysera; chociaż trochę szkoda, że żadne tradycyjne efekty nie były wykorzystane na zakończenie (można było zrobić coś więcej z Dalekami).

Odcinek zaczął się naprawdę dobrze (miłym zaskoczeniem był powrót oryginalnej czołówki). Chociaż nie tak go sobie wyobrażałem, Upadek Arkadii prezentował się doskonale, podobnie jak Chwila - Bille Piper zagrała najlepszą rolę w swojej karierze. Smith był w fantastycznej formie, dopełnionej przez występy jego kolegów, Tennanta – którego powrót był więcej niż mile widziany – i Hurta, który naprawdę zaskoczył. Nie tylko był to magnetyzujący występ, Doktor Hurta dostał wiele najlepszych, najszczerszych kwestii w całym odcinku – jednakże moim ulubionym momentem, jeśli chodzi o dialogi, był ten, kiedy trzej Doktorzy przypomnieli swoją obietnicę ('Nigdy okrutnie ani tchórzliwie – nigdy się nie poddawać; nigdy nie odpuszczać'). Klara była w swojej najlepszej formie; dzięki semantycznemu rzemiosłu Moffata uświadomiliśmy sobie też pewne podobieństwa – zarówno śrubokręt, jak i mechanizm wysadzający Londyn w powietrze, który był w posiadaniu Kate, były metaforami większej historii. Wątek Zygonów był sprytnie pomyślany, chociaż bez niego moglibyśmy dostać więcej Wojny Czasu.


Pomimo mojego wielkiego niezadowolenia decyzją Moffata o wskrzeszeniu Gallifrey (i niezależnie od tego, jak widzą to inni, pojawienie się Toma Bakera tylko niepotrzebnie namąciło) i tak uważam 'The Day of the Doctor' za niezmiernie udany odcinek. Był doskonale wyreżyserowany, miał wspaniałą muzykę (użycie przez Golda starej muzyki było strzałem w dziesiątkę, zwłaszcza 'Altering Lives', a nowe utwory były jednymi z jego najlepszych), doskonałe kreacje aktorskie – i, w niektórych przypadkach, świetny scenariusz. Nie mam wielkich nadziei na przyszłość, ale przynajmniej Moffat pokazał, że jest zdolny do konstruowania bardzo poruszających, humorystycznych i głęboko rozrywkowych rzeczy dla telewizji.

Opinia Johna

Steven Moffat, moja odwieczna inspiracja w pisarskim świecie dzięki jego genialnemu opowiadaniu historii i wymyślaniu zwrotów akcji, dokonał kolejnego wyczynu, dając nam idealne podsumowanie 50 lat 'Doctora Who' i początek kolejnego półwiecza. Zrobił to w bardzo sprytny sposób. Nie obrał oczywistej drogi świętowania, jak to się stało w przypadku 'The Five Doctors', gdzie mieliśmy wielkie święto fanów. Zamiast tego przyjął podejście bardziej w stylu 'The Three Doctors', gdzie mieliśmy odwołanie do przeszłości, to znaczy powrót trzech wcieleń Doktora, oraz opowiedzianą nową historię, która jednak zawarła w sobie elementy z przeszłości. Zostało to osiągnięte poprzez ideę przywołania najważniejszego dnia w życiu Doktora: dnia, w którym zabił Władców Czasu.



Pomysł ten doskonale uzupełniło wprowadzenie zapomnianej regeneracji Doktora; regeneracji, o której nikt nie wiedział. Był to Doktor, który walczył w Wojnie Czasu i to on był tym, który użył mistycznej Chwili, by popełnić ludobójstwo, zarówno na Dalekach, jak i na Władcach Czasu. Tym, co mnie zafascynowało, była chłodna decyzja rezygnacji z imienia 'Doktor', by zostać wojownikiem (tak jak to zostało przedstawione w 'The Night of the Doctor').

Doktor Wojny był przykładem, co by się stało, gdyby Doktor upadł, stając się mrocznym bohaterem, który zrobił wszystko, co niezbędne, byle by wygrać. To właśnie zamierzenie było zrealizowane dzięki postaci Doktora Wojny, w którego rolę fantastycznie wcielił się John Hurt. Poetycką częścią historii była Chwila (przyjmująca formę Rose Tyler/Złego Wilka), która pokazała mu jego własną przyszłość, po to by mógł posmakować konsekwencji swojego czynu, gdyby zdecydował się na unicestwienie własnej rasy w celu zaprzestania przelewu krwi. Mroczną częścią historii, która sprawiła, że zacząłem patrzeć na Doktora Wojny z innej perspektywy, był pomysł, że Doktor mógłby nie tylko pozbawić życia Wysoką Radę (tych typowych Władców Czasu pokazywanych w klasycznych odcinkach), ale także niewinnych, to jest kobiety i dzieci. To uczyniło decyzję jeszcze trudniejszą i bardziej okrutną, a nam pozwoliło lepiej zrozumieć, dlaczego Doktor przez cały czas tak bardzo nienawidził tego dnia.


Podoba mi się dobra, wielo-Doktorowa historia i uważam, że Matt Smith i David Tennant byli dla siebie stworzeni. Uzupełniali się dzięki czystemu talentowi, tak w zabawnych, jak i mrocznych scenach. Prawdopodobnie bardziej by mi się podobało, gdybyśmy mieli więcej Doktorów na ekranie, ale jestem zadowolony, że mieliśmy przynajmniej tych dwóch razem, bo było to po prostu zabawne, a o to właśnie chodzi w wielo-Doktorowych historiach. Plus, mieliśmy dodatkowy bonus w postaci nowego Doktora, który tak naprawdę (w oczach Dziesiątego i Jedenastego) jest czarnym charakterem. Ta część fabuły z całą pewnością wypadła bardzo dobrze; pojawiła się po to, by rzucić wyzwanie Doktorowi i sprawić, by zobaczył sam siebie. W rezultacie musiał sobie w końcu przebaczyć.

Zygoni byli, w mojej opinii, raczej rozczarowaniem. Nie dlatego, że zostali źle wykorzystani, wręcz przeciwnie. Było podobnie jak z moim odczuciem odnośnie Wielkiej Inteligencji jako głównego czarnego charakteru w 'The Name of the Doctor'; to się po prostu nie sprawdziło, ponieważ Zygoni nie byli na tyle ikonicznymi postaciami, by poradzić sobie z tak ważną opowieścią. Zygoni jako główni wrogowie na 50-tą rocznicę - wydaje mi się to po prostu dziwne. Jako pomniejsi wrogowie, możliwe, ale nie jako główny przeciwnik. Niemniej jednak, ich pojawienie się było świetnym wznowieniem i pozostało w zgodzie z oryginalnym występem z 1975 roku. Uważam też, że na wiele sposobów jest to bardzo brawurowe i odważne, powiedzieć: 'Zamierzam użyć postaci,których się nie spodziewacie. To styl pisarstwa, do którego dąży Moffat. Lubi, kiedy widzowie muszą zgadywać, jaki będzie jego następny krok. Jeśli spojrzeć na to z tej perspektywy, Zygoni byli dobrym wyborem, ale ja sam wybrałbym raczej bardziej rozpoznawalnych wrogów na taką okazję.


Chociaż Moffat oświadczył, że chce przede wszystkim patrzeć w przyszłość, z całą pewnością wykonał świetną robotę rzucając kilka podkręconych piłek w kierunku przeszłości. Wiele było historycznych motywów w odcinku specjalnym, jak na przykład oryginalna czołówka, wspomnienie Iana Chestertona i Brygadiera, Szkoła Coal Hill, U.N.I.T., szalik Czwartego Doktora i wiele, wiele innych. Punktem kulminacyjnym było pojawienie się Toma Bakera, co moim zdaniem było miłym zwieńczeniem 50-lecia.

Steven Moffat zakończył motyw Wojny Czasu wielkim wybuchem, z małym, sprytnym 'timey-wimey' zwrotem. Jak się okazało Doktor nigdy tak naprawdę nie zakończył wojny zabijając swoją rasę. W rzeczywistości ocalił wszystkich przed unicestwieniem i ukrył z publicznego widoku. Najsprytniejsze było w tym ujęcie wszystkich Doktorów, którzy zjednoczyli siły, by ocalić Gallifrey. To była piękna scena, która przyprawiła mnie o dreszcze. I na dodatek mamy mały wgląd w przyszłość dzięki chwilowemu pojawieniu się Dwunastego Doktora, Petera Capaldi. Doktor uzyskał odkupienie, którego potrzebował. Żył w stracie i smutku przez te wszystkie lata od kiedy serial powrócił w 2005 i w końcu, w 50-tym roku emisji, ostatecznie odnalazł spokój; może wreszcie odłożyć na bok swoją mroczną przeszłość i zacząć od nowa. To był wielki plan Moffata: dać Doktorowi nowy cel podróży. Zadanie odnalezienia dawno utraconego domu – Gallifrey. To z pewnością daje możliwość stworzenia interesującej fabuły w przyszłości.

Wierzę, że 'The Day of the Doctor' perfekcyjnie wykonał swoją pracę uczczenia 50 lat spuścizny serialu i ukształtowania jego kolejnych lat. Dobra robota, Moffat.

niedziela, 8 grudnia 2013

Capaldi: Jestem o 1,995 lat za młody na tę rolę


Peter Capaldi i Steven Moffat stwierdzili, że aktor odgrywający rolę Doktora nigdy nie może być wystarczająco stary.

Moffat dla Press Association1 powiedział: „Doktor ma tysiące lat, a nikomu jeszcze nie udało się znaleźć aktora odpowiednio starego do tej roli!”


Capaldi zgodził się mówiąc: Szczerze mówiąc jestem o 1,995 lat za młody na tę rolę. Więc myślę że będzie zadowolony, że przynajmniej wreszcie wygląda na swój wiek.


W odpowiedzi na obowiązkowe pytanie o jego ulubionego Doktora Capaldi mówił: Każdego, uwielbiam każdego z nich, są wspaniali. Oni liczą się jako jeden, wszyscy aktorzy, uważam że są fantastyczni. Cieszę się że mam ich w swoim dna.


Mówiąc o swoim debiucie w świątecznym odcinku Capaldi powiedział: Jeszcze go nie widziałem, więc nie mogę się doczekać swojej reakcji. Cała moja rodzina zbiera się, żeby zobaczyć jak Matt Smith się we mnie zmienia, to będzie niesamowite!



1-Zjednoczona Prasa, firma prasowa w UK

Czy Doktor stał się zbyt cukierkowy?


Wśród krytycznych uwag na temat absolutnie fantastycznego (moim skromnym zdaniem) „Dnia Doktora” najczęściej pojawia się zarzut, że po ocaleniu Gallifrey Doktor nie będzie już tą samą skomplikowaną postacią z trudną przeszłością. Niektórzy twierdzą, że jest teraz po prostu kolejnym bohaterem jak z bajki.

Czy ten zarzut jest uzasadniony? Czy Steven Moffat tak po prostu, w jedyne 90 minut, złagodził, czy też całkiem usunął, mroczną stronę naszego ulubionego Doktora? Jeśli jeszcze się nie domyśliliście z mojego tonu, nie do końca się z tym zgadzam. Poniżej przedstawiam trzy główne powody, dla których uważam, że charakter Doktora jest wciąż wystarczająco mroczny, żeby uznać go za ciekawą, złożoną postać.

Sezon 7A


Poczynając od serii piątej, Wojna Czasu ma coraz mniejszy wpływ na Doktora.  W kolejnym wcieleniu po użyciu Momentu (muszę tu wyjaśnić, że według mnie „Dzień Doktora” zmienił historię w niewidoczny sposób, a nie tylko ją odtworzył), Doktor jest już gotowy, żeby zacząć iść naprzód. Ciągle nie może znieść myśli o swojej brutalnej przeszłości (i, jak sugerują niektórzy, upadku jako Zwycięski Władca Czasu), ale znowu chce być prawdziwym bohaterem. Później, w serii szóstej, Doktor spędza 200 lat w pożegnalnej podróży, dystansując się jeszcze bardziej od Wojny Czasu i przenosząc swoją uwagę na zbliżającą się śmierć.

Do czego zmierzam? Kiedy w końcu docieramy do serii siódmej, nie można już twierdzić, że Wojna Czasu ma duży wpływ na poczynania Doktora. Panuje zgoda co do tego, że przez pewien czas Doktor przechodził przez dość mroczny okres. Kto mógłby zapomnieć scenę, w której wysadził Solomona w powietrze? Mało brakowało, a zastrzeliłby  Kahler-Jexa. Chociaż nie upadł tak nisko jak by mógł, Doktor z pewnością przechodził wtedy trudny okres i zmiana biegu Wojny Czasu nie ma na to wpływu.

Zwycięski Władca Czasu


W odcinku „Wody Marsa” Doktor był niezaprzeczalnie przerażający. Był gotowy okaleczyć wszechświat, aby stała się jego wola, nawet jeśli ta wola była mniej więcej łaskawa. Można by argumentować, że wszystkiemu winna jest Wojna Czasu, ale jeśli lepiej się nad tym zastanowić, Wojna Czasu niczego tu nie zmienia. Doktor stał się Zwycięskim Władcą Czasu z trzech powodów:
  • Nie było innych Władców Czasu, którzy mogliby go powstrzymać.
  • Zaczął uważać się za zwycięzcę w porównaniu z innymi Władcami Czasu.
  • Miał dość tracenia ludzi przez stałe  punkty w czasie.
Wszystkie te elementy zostają na miejscu z nowym zakończeniem Wojny Czasu. Ciągle nie ma w pobliżu innych Władców Czasu zdolnych powstrzymać Doktora przed czymkolwiek. Doktor ciągle widzi siebie jako zwycięzcę, ponieważ rzeczywiście wierzy, że unicestwił wszystkich innych Władców Czasu (i, jak widzieliśmy w „Dniu Doktora” rzeczywiście był do tego zdolny).

Zwycięski Władca Czasu jest reakcją Doktora na to, że nikt nie może go powstrzymać ani nawet zakwestionować jego woli, a do tego jest niezwykle sfrustrowany. To wszystko cięgle jest częścią jego charakteru. Ciągle to zrobił, i dalej jest to złe.

Złośliwość w stosunku do przyjaciół

Władca Snów był parapsychiczną manifestacją ciemnej strony charakteru Doktora. Trzeba zauważyć, że Wojna Czasu nie była wspomniana ani razu w odcinku „Wybór Amy”, a mimo tego Władca Snów był raczej złowrogi i przerażający. Na swój cel wybrał przede wszystkim Amy, która była wtedy przecież towarzyszką Doktora. Byli bliskimi przyjaciółmi. Mroczna strona Doktora zraniła Amy.

Gdyby tego było mało, jest jeszcze „Imię Doktora”. Tak naprawdę wciąż nie wiemy dlaczego imię Doktora jest tak ważną tajemnicą, ale myślę, że nie powinien nam się podobać sposób, w jaki Doktor odpowiedział Wielkiej Inteligencji. Podczas gdy Clara, Strax, Vastra i Jenny błagały o jego pomoc, Doktor stał tam i nie odpowiadał na Pytanie. Gdyby River nie wypowiedziała jego imienia, Doktor pewnie pozwoliłby swoim towarzyszom umrzeć, aby je ochronić. Być może jest dobry powód, dla którego imię Doktora powinno pozostać tajemnicą, ale czy na pewno jest ona warta życia przyjaciół Doktora?

Podsumowanie

Uważam, że powyższe przykłady pokazują, że Doktor nie jest jednak kryształowym bohaterem, a czasem potrafi być niepokojący. Myślę też, że będzie tak nadal w erze Capaldiego, a może nawet zobaczymy tego więcej.

– Ale – ktoś mógłby powiedzieć – przecież odwrócenie podwójnego ludobójstwa z Wojny Czasu wymazuje najczarniejszy dla Doktora dzień. Tak. Ale to nic nie szkodzi. Jest różnica między postacią, która nie jest zupełnie kryształowa, a czarnym charakterem. Większość z nas nigdy nie zdawała sobie sprawy z tego, że Doktor zabił miliony dzieci na Gallirey. Nie wszyscy się ze mną zgodzą, ale nie zmienię zdania: jestem przekonany, że nie ma usprawiedliwienia dla zabicia milionów niewinnych (czy nawet jednego). Unicestwienie dwóch gatunków, zwłaszcza jeśli obejmuje kobiety i dzieci, jest ogromną, złowieszczą skazą na charakterze kogoś, kogo mamy uważać za bohatera, nawet jeśli takiego, który ma mroczniejszą stronę.

Po tym, jak zobaczyłem niewinnych mieszkańców Gallifrey i zdałem sobie sprawę, że i Dziesiąty i Jedenasty przyczyniliby się do ich zagłady, bardzo trudno byłoby mi zaakceptować Doktora jako wystarczająco dobrego bohatera, aby mu kibicować, nieważne ile dobrego zrobi w przyszłości. Biorąc pod uwagę to wszystko, niezmiernie cieszy mnie pomysł Moffata. Zachował on dla nas interesującego bohatera o trudnej przeszłości, oczyszczając go z niezmywalnej winy dzieciobójstwa i podwójnego ludobójstwa.  

Czego spodziewać się po powrocie Władców Czasu?



Nie będę zaprzeczał…mimo, że kocham ideę Wojny Czasu, zawsze chciałem, aby Władcy Czasu wrócili. Pisałem w przeszłości, dlaczego uważam, że powinni i teraz wygląda na to, że w bliżej nieokreślonej przyszłości to nastąpi. Ale nie można przecież przywrócić Gallifrey bez konieczności odnalezienia jej przez Doktora…  i co wtedy? Co się stanie kiedy Władcy Czasu powrócą i -  co ważniejsze – jaki to wywrze wpływ na Doktora? Jest dość oczywistym, że nie będzie to słodki, bezproblemowy powrót do domu. Koniec końców gdzie w tym cała zabawa z punktu widzenia narracji? Jak wszyscy wiemy, nikt nie jest w stanie przewidzieć co się dokładnie stanie, ale spróbujmy zgadnąć, jak to się może rozegrać. 

Załóżmy, że Doktor namierzył już Gallifrey, jego kolejnym krokiem byłoby ujawnienie się, w którymkolwiek wcieleniu by wtedy nie był. Bez wątpienia Doktor będzie zachwycony swoim powrotem, całkowicie odsuwając na bok wszelkie złowieszcze przestrogi, czy uprzednią wiedzę, która mogłaby zatruć jego przybycie. Zmaterializuje się w dobrze znanym miejscu, być może w komnacie Rady czy nawet w swoim własnym, prawdziwym domu. Kiedy jednak – z punktu widzenia mieszkańców Gallifrey – przybędzie? Zaraz po zagładzie Daleków czy jakiś czas później? Wyobrażanie sobie, co Doktor może tam znaleźć jest ciekawe same w sobie. Może to być rozdarta wojną planeta i zmęczeni nią ludzie, bądź też społeczeństwo które rozwinęło się w sposób zupełnie mu obcy. Jest wysoce prawdopodobnym, że odnaleziona Gallifrey nie będzie przypominała tej , którą znał przed wojną. Dom, który pamięta, pozostaje utraconym.

Co dalej? Cóż, oprócz możliwości, że widzom będzie dane spotkać dawnych znajomych czy współpracowników Doktora, największe znaczenie będzie miało, jak Władcy czasu zareagują na zaszłą sytuację. Czy podziękują mu, tak jak się tego najpewniej spodziewa? Czy uznają jego akcje za przewinienie i ukarzą? Czy w ogóle będą wiedzieć, co zaszło? Skoro pamięć ocalenia Gallifrey została u poprzednich Doktorów wymazana na końcu Dnia Doktora, czy Władcy Czasu nie będą sami w jakiś sposób zdezorientowani? 




Dla dobra dyskusji powiedzmy, że Władcy Czasu są świadomi tego, co miało miejsce.  To wciąż nie oznacza, że potraktują sprawę przyjaźnie. Myślę, że śmiało mogę powiedzieć, iż Władcy Czasu nie będą łaskawą rasą  „obserwatorów”.  Jest bardziej prawdopodobne, że albo pozostaną równie aroganccy, albo - idąc krok dalej - sami staną się prawdziwie źli. Jeśli wydarzenia Wojny Czasu i bliskość wyginięcia w jej trakcie nie będzie dla nich lekcją pokory, czy mogą pójść  w przeciwnym kierunku? Być może Doktor będzie miał bardzo mieszane uczucia po uratowaniu swoich ludzi. Czy zatoczy koło emocjonalne zaczynając od żalu i rozpaczy, poprzez radość i nadzieję aż do żałowania własnej decyzji o nie zniszczeniu ich? Pewnie nie, ale takie emocje mogłyby wykrzywić psychikę Doktora w daleko mroczniejszy sposób niż zrobiło to zniszczenie planety. 

W zależności od tego jak negatywną będzie ewolucja Władców czasu, możemy zobaczyć Doktora w rolach w których nawet go sobie nie wyobrażaliśmy. Jedynym źródłem interakcji Doktora i jego krajan są klasyczne serie Doktora.  Większość z tych relacji nie była całkowicie pozytywna,  ale podejrzewałbym, że nawet te starsze historie wyblakną  w obliczu tego, jacy Władcy Czasu będą po swoim powrocie. Wyobraźmy sobie Doktora próbującego zaplanować przewrót i obalenie skłóconego rządu Gallifrey, aby "uratować świat" w zupełnie inny sposób. 

Przywrócenie Władców Czasu jest prawdopodobnie jedną z najbardziej ekscytujących rzeczy dotyczących Doktora od bardzo dawna.  Minęła już niemal dekada odkąd Doktor Who powrócił na nasze ekrany i przez cały ten czas Władcy czasu byli jedynie wspomnieniem.  Ich istnienie otwiera niezliczone możliwości na dramatyczną, emocjonalną narrację, która nie jest bez nich zwyczajnie możliwa. W najgorszym przypadku daje serialowi szansę na zmianę kształtu oferując poznawanie całego świata zaawansowanej technologii i kultury idealnej, do wielokrotnych wizyt. Daje zarówno widzom, jak i scenarzystom szansę na zgłębianie politycznej intrygi, przeszłości bohatera, historii i może nawet na transformację Doktora Who w dojrzalszy, poważniejszy serial  sci-fi, co nie jest po prostu możliwe bez Władców Czasu.

Mam jedynie nadzieję, że Doktor może wreszcie zostawić Ziemię na jakiś czas i skupić się na innej planecie Niezliczona ilość powracających postaci, których wciąż nie spotkaliśmy i które nie muszą być towarzyszami podróży Doktora, może wzbogacić serial na niespotykane dotąd sposoby. Władcy Czasu w klasycznych seriach dodawali element, którego brakowało w tym serialu zbyt długo.  Oglądanie doktora pod jakąś formą kontroli, zastępującej nieskrępowaną niczym wolność, którą się ostatnimi czasy cieszył, z pewnością pokaże zupełnie nową twarz tak Doktora, jak również samego serialu. Nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć jak się to wszystko rozegra! 

sobota, 7 grudnia 2013

Capaldi warczącą bestią?


Steven Moffat powiedział, że po Doktorze granym przez Petera Capaldiego możemy oczekiwać zachowywania się jak warcząca bestia, co może wyjaśniać jego niezbyt przyjazne spojrzenie w klatce z  „The Day of the Doctor”.

Moffat w wywiadzie z  serwisem Flicks and the City mówi: „On jest geniuszem. Jest genialnym aktorem. I to bez wątpienia. Darzy tę rolę wielką miłością. Kiedy pomyślisz o Peterze Capaldim i jego twarzy w TARDIS, to po prostu pasuje i wszyscy to rozumieją. On pokaże nam kompletnie nowe oblicze Doktora. Przywykliśmy już do dwóch niesamowitych wcieleń młodszego, bardziej popularnego Doktora i oboje byli wspaniali, ale teraz nadszedł czas, by stara bestia trochę na Was powarczała!”

Dodaje: „Czasami można to dostrzec w Doktorze granym przez Matta Smitha. Będzie on przypominał ludziom dookoła, że ‘Ja naprawdę taki nie jestem’. Ale myślę, że Peter jako Doktor podkreśli to jeszcze bardziej.”

Jak powstał The Five(ish) Doctors Reboot?

W sobotę 23 listopada BBC pokazało światu dramatyczny, zabawny i pełen emocji specjalny epizod Doctor Who - tak, The Five(ish) Doctors Reboot z pewnością było gwoździem  programu w rocznicowy weekend.

W opracowanym i wyreżyserowanym przez Petera Davisona krótkim 30-minutowym komediowym odcinku zobaczyć można odtwórcę roli Piątego Doktora oraz jego "wspólników w zbrodni" Colina Bakera i Sylvestra McCoya, próbujących dostać się do rocznicowego odcinka specjalnego przy użyciu wszystkich możliwych środków.


"Wszystko to zaczęło się prawie że przypadkiem" mówi Davison "Na konwencie zadano mi pytanie - 'Czy będziesz w rocznicowym odcinku?' i odpowiedziałem, że jeśli nie, to cholera, zrobię swój własny. Kiedy w mojej głowie narodził się ten pomysł, wciągnęło mnie i doszło do tego, że stało się prawdziwym zadaniem do wykonania. Ale nie dokonałbym tego bez Colina i Sylvestra wkładających w to całe swoje serca."

Tak, Colin Baker może być trochę wkurzony, że nie miał szansy wprowadzić do specjalnego odcinka tego okropnego patchworkowego płaszcza [Płaszcz Szóstego Doktora - przyp. tłum.], ale był więcej niż szczęśliwy mogąc dołączyć do Petera i wraz z nim realizować poboczny projekt.


"Peter wpadł na ten genialny pomysł i byliśmy zadowoleni, mogąc go realizować" mówi odtwórca roli Szóstego Doktora.  "To była naprawdę frajda, a opinie, jakie dostajemy, są fantastyczne"

Colin i Sylv nie byli jedynymi, którzy zapragnęli wskoczyć na pokład Davisona. Rekrutował on do The Five(ish) Doctors Reboot same gwiazdy - wszystkich, od Johna Barrowmana, przez Davida Tennanta do Russela T. Daviesa.

"Paul [McGann] wziął w tym udział... Wszyscy towarzysze... właściwie każdy, kogo zapytaliśmy - z jednym wyjątkiem - powiedział tak, bo wszyscy uważali to za świetny pomysł" mówi świeżo upieczony reżyser.

Może i pasja Petera do tego projektu zaczynała swe życie jako "fanowski filmik", ostatecznie jednak otrzymała błogosławieństwo BBC dzięki Stevenowi Moffatowi, który zresztą gra zadeklarowanego "wroga" w odcinku.


"Wpadłem na Petera na przyjęciu i powiedział mi wtedy, że zamierza zrobić mały, fanowski film o starych Doktorach próbujących dostać się do rocznicowego odcinka. Spytał,  czy byłby to dla mnie problem, gdybym się w nim pojawił" wspomina producent serialu Doctor Who. "Powiedziałem, że dam mu pieniądze i ekipę filmową, a także trochę czasu, bo czemu by nie zrobić tego na poważnie, zrobić tego dla nas? [BBC - przyp. tłum.]"

Kiedy ta swoista parodia została zaakceptowana przez BBC, niektórzy fani pomylili fikcję z rzeczywistością, gdy dostrzegli Davisona, Bakera i McCoya protestujących we wrześniu przed Television Centre.

"Połowa fanów myślała, że naprawdę protestujemy, a druga połowa uznała że to podstęp i że naprawdę będziemy w rocznicowym odcinku, a nasze zachowanie to tylko odwracanie uwagi" śmieje się Davison. "Próbowałem podpowiadać, że jest coś innego, nad czym pracujemy, ale fani nadal myśleli, że jesteśmy w tym odcinku... I w pewien sposób byliśmy!"

Ach tak - końcowe sceny z The Five(ish) Doctors Reboot ujawniają, że nasi trzej bohaterowie dostali się na plan "The Day of the Doctor", zastępując Zygonów - ale czy pod tymi prześcieradłami naprawdę byli oni?


Moffat zaprzecza ("Są rzeczy których nie można zrobić trzem tak bardzo rozpoznawalnym aktorom - a jedną z ich jest to, że nie chowa się żadnego z nich pod prześcieradło na parę godzin!") ale stojący za wszystkim Peter Davison nie chce w to wierzyć.

"Oczywiście, że to byliśmy my pod prześcieradłami" mówi z uśmiechem. "Jak mogłoby być inaczej? Nie zadawajcie takich pytań!"

piątek, 29 listopada 2013

Czemu Doktor ocalił Gallifrey

Justin Cook gościnnie argumentuje falę narzekań na powrót Gallifrey.


Po szokujących wydarzeniach z "The Day of the Doctor", wielu fanów kwestionuje decyzję Stevena Moffata o przywróceniu Gallifrey. Ja sam uważam, że to odważne posunięcie było wręcz genialne. Chciałbym odpowiedzieć na kilka najczęściej spotykanych narzekań na temat tego zdarzenia, które usłyszałem lub wyczytałem i zamierzam wprowadzić kilka świeżych argumentów.


"To cofa wszystkie wady Doktora i czyni go zbyt idealnym!"

To chyba skarga z która spotkałem się najczęściej. Do tych, którzy tak uważają: Wyobraźcie sobie jak wyglądała by scena w której trzej Doktorzy zamierząją aktywować Chwilę gdyby nie było tam Clary. Gdyby nie jej sprzeciw Doktorzy unicestwiliby Gallifrey. Byli całkowicie gotowi by nacisnąć ten przycisk dopóki nie podniosła głosu. Pewnie, mogliby wymyślić plan na ocalenie Gallifrey, ale w końcu i tak doszłoby do jej destrukcji gdyby nie Clara. To czyni scenę jeszcze piękniejszą gdyż pokazuje pozytywny wpływ jaki miały na Doktora jego towarzyszki. Bez dwóch zdań, Doktor wciąż pozostaje bardzo mroczną postacią jednak dzięki towarzyszom pokazuje swoją dobrotliwość.


"To cofa całe siedem sezonów kreowania postaci!"

Odwołam się poniekąd to poprzedniej odpowiedzi. Pamiętajcie, że Doktor miał zamiar aktywować Chwilę. Wspoglądając wstecz na poprzednie siedem sezonów widzę gniew, żal i próby zapomnienia, które są dla niego pokutą za bycie skłonnym do zrobienia czegoś tak strasznego. Kształtowanie jego osobowości nie jest w żaden sposób przekreślone przez to, że po tym całym czasie, w końcu ocalił Gallifrey. Wszystkie jego uczucia były szczere i prawdziwe. Doktor w głębi duszy jest dobrą istotą. Jego trwająca wieki kara dobiegła końca i znowu może wrócić do domu.


"Skoro mowa o jego domu: Władcy Czasu są zepsuci i źli! Czemu chciałby ich ratować?"

Doktor nigdy nie był zbyt dobrze odbierany na Gallifrey. W "The War Games" Władcy Czasu zmusili go do regeneracji za złamanie ich zasad nie-ingerencji. Sami Władcy są prezentowani jako gburowaci i zarozumiali a ich cechy zostały podkreślone w "The End of Time" nowej serii. Lecz zauważcie, że wszystkie te negatywne interakcje dotyczą tylko wysoko postawionych Władców Czasu. Kto powiedział, że wszyscy z nich są tacy jak oni? Nie zapominajmy o dzieciach, którzy mogą wyrosnąć na zarówno dobrych jak i złych. Jakim prawem miałby Doktor ukarać ich wszystkich za poczynania starszyzny? Poza tym, Gallifrey to jego dom. Gdybyś wiedział, że Ziema jest skazana na zniszczenie i miałbyś/miałabyś szansę ją ocalić pomimo wszystkich strasznych rzeczy które się tu dzieją, zrobiłbyś to? Oczywiście że tak! Doktor jest już zmęczony samotnością. Ma dość życia w żalu. Ocalenie Gallifrey jest jak najbardziej sensownym krokiem.


"Ale co z Rassilonem i resztą Wielkiej Rady? Chcieli zakończyć czas!"

To już zależy od Pana Moffata. Szczerze wątpię, że Doktor powróci na Gallifrey zastając ją idealnym i perfekcyjnym miejscem. Będą problemy i historie, które powstaną z tych problemów. Powrót Gallifrey to Puszka Pandory zupełnie nowych elementów fabuły. Osobiście bardzo chciałbym zobaczyć powrót "Osoby Która Prawdopodobnie Jest Matką Doktora".


To by było na tyle! Wiecie już czemu Doktor uratował Gallifrey i czemu to dobrze współgra z jego postacią. Nie mogę się doczekać aby zobaczyć jej powrót i dzielić go razem z Wami!

środa, 27 listopada 2013

Recenzja: An Adventure in Space and Time


Nie ma wątpliwości, że Doctor Who wzbogacił życie wielu z nas. Długowieczność serialu w dużej mierze zależy od jego różnorodności, kreatywności oraz zdolności do przekształceń i odkrywania na nowo bez utraty jednostkowej tożsamości. Lecz czasami nietrudno zapomnieć, że serial, w formie jaką znamy dziś, miał bardzo skromne początki: należało bowiem zapełnić dwudziestopięciominutową przerwę w sobotniej ramówce. Możemy również zapomnieć, że zanurzone w powszechnej świadomości fundamenty, takie jak TARDIS, Dalekowie czy nawet sam Doktor, nie istniałyby gdyby nie pasja, oddanie i wytrwałość pierwotnej ekipy produkcyjnej serialu oraz najważniejszego aktora, Williama Hartnella. An adventure in Space and Time przywołuje historię początków serialu w przejmujący i urzekający sposób, z wartym uznania występem Davida Bradleya w roli Hartnella.


Oblicze Bradleya jest szczególnie ekspresyjne, gdy sprawnie imituje irytację Hartnella oraz jego niezadowolenie, gdy zostaje zaszufladkowany, ale pokazuje również jego sentymentalną, uczuciową stronę w przypadku uroczej relacji z wnuczką Judy oraz stosunków z Verity Lambert. Wyczuwalna chemia między Bradleyem i Jessiką Raine dodaje przejmującego tonu kolejnym wydarzeniom. Poznanie decyzji Verity o odejściu z serialu łamie serce, tym bardziej, że Hartnell stwierdza, że jest ona „skałą”, która go podtrzymuje. Słynne mylenie kwestii przez Hartnella dostarczało elementów humorystycznych („Sprawdź cudzołożnika”), ale bywało również urocze, gdy Judy zauważyła jeden z jego błędów (ten, gdy Doktor potrzebuje specjalnych rękawic, by móc dotknąć Daleków). Pokazane zostało jego ogromne oddanie młodszym widzom – pracował mimo pogarszającego się stanu zdrowia. Miażdżyca Hartnella miała coraz większy wpływ na zapamiętywanie kwestii. Bradley przedstawia Hartnella jako postać tragiczną: mistrza w swoim rzemiośle (w sensie dosłownym, gdy okazuje się, że tylko Hartnell posiada wiedzę o konsoli TARDIS), zmuszonego wycofać się z serialu i zrezygnować z postaci, którą szczerze kochał. W czasie sesji zdjęciowych, już po odejściu pierwotnych towarzyszy, widzimy oznaki dystansowania się Hartnella, odsuwania się w swój własny świat, podczas gdy serial zmienia się wokół niego. Więc być może to właściwe, by najważniejszy człowiek serialu, któremu dziś tak wiele zawdzięczamy, mógł zerknąć w przyszłość (na postać Matta Smitha) oraz na spuściznę, jaką po sobie zostawił.



Jedną z najbardziej uderzających sekwencji w opowieści jest dramatyczne zestawienie Lee Harleya Oswalda przygotowującego się do zabójstwa Kennedy’ego oraz Sydneya Newmana czytającego na głos scenariusz do The Daleks. W punkcie kulminacyjnym Kennedy zostaje zastrzelony podczas słów „Eksterminować. Eksterminować”. W rzeczy samej, Adventure… eksploruje kontekst historyczny serialowych początków, zwłaszcza wyjątkowy status Verity Lambert, czyli pierwszej producentki w BBC, która sprzeciwia się seksizmowi patriarchalnej stacji. Więź, która rozwija się między nią a reżyserem Warisem Husseinem, „outsiderami” wrzuconymi w „morze dymu, tweedu i spoconych mężczyzn”, jest zabawna i iskrząca od chemii. Raine jest zachwycająca w swojej roli, gdy Lambert walczy o serial, broniąc jego potencjału – na przykład, kiedy Newman odrzuca The Daleks jako B.E.M (bug-eyed-monsters). Jeśli zaś chodzi o Newmana, Brian Cox, niezwykle charyzmatyczny aktor, gra z klasą i żywiołowością, przedstawiając Newmana jako postać przerysowaną, ale również poważną i sympatyczną, jeśli sytuacja tego wymaga – na przykład w scenie, w której Newman martwi się, że czołówka serialu jest zbyt przerażająca dla docelowej widowni. Pod względem wizualnym, Adventures… jest bardzo bogate, a rekonstrukcje oryginalnych planów są imponujące – na szczególne zainteresowanie zasługuje piękny wystrój TARDIS. Bycie świadkiem historii, która rozgrywa się przed naszymi oczami to fascynujące doświadczenie: od rozprzestrzeniania się dalekomanii z dziećmi udającymi Daleków, przez włączenie Doctora Who do mediów, po odegranie pamiętnej przemowy Doktora z The Dalek Invasion of Earth, zabarwione autentycznymi emocjami i w końcu zastąpienie Hartnella Patrickiem Troughtonem (ze znośnym występem Reece’a Shearsmitha). 

Reasumując, An Adventure in Space and Time jest pracą z miłości. Inteligentny, wciągający dramat z jednej strony oraz wierne przedstawienie historii z drugiej – dostarcza zarówno wiele informacji jak i emocjonalnych przeżyć. 

poniedziałek, 21 października 2013

Analiza zwiastunu The Day of the Doctor

Scenopis pierwszych ujęć trailera

Tak właśnie rozpoczął się zwiastun rocznicowego odcinka (dawno BBC nie wydało tak dobrego zwiastunu). Ale jak dużo drobnych szczegółów udało wam się zauważyć?